|
Droga z doliny smierci do naszego nastepnego celu - Sequoia National Park zajela nam dwa razy wiecej czasu i kilometrow (pardon - tu wszystko w milach, a wiec dwa razy wiecej mil) niz powinna a i strachu bylo wiecej niz zwykle.
Granice tych parkow wyznaczaja bardzo wysokie gory High Sierra, z najwyzszym - Mt Whitney (14494 stop) na czele. Dlatego aby je ominac droga samochodowa nalezy zrobic niezle kolko. Na wprost byloby znacznie krocej. No ale coz - jedziemy. Mape mamy byc moze nienajlepsza, ale pokazuje numery drog i do tej pory to wystarczalo. Teraz gubimy sie dwukrotnie, przez co oczywiscie juz nadkladamy kilometrow, ale w koncu stwierdzamy, ze wiemy gdzie jestesmy na mapie i tu wlasnie chcielismy byc. Super. Po kilku kilometrach (pardon - milach) miny nam rzedna. Droga zamknieta. Ot tak, bez ostrzezenia. A moze ostrzezenia byly tylko ich nie zauwazylismy? A tuz za szlabanem hasaja sobie sarenki. Sielanka, ale my wsciekli zawracamy. Zeby wrocic do najblizszej interesujacej nas drogi musimy przejechac jakies 30 mil. Serpentynami, bo to w koncu gory, wiec bardzo powoli. A czas leci. Ale udalo sie. Wyjechalismy gdzie chcielismy, teraz jeszcze wiekszym lukiem zajedziemy do Sekwoi. Trudno. Po drodze jeszcze raz gubia nas znaki. A na wyswietlaczu Fuel range: LOW zmienil sie na LOW FUEL i glosno zapiszczal. Dookola ani zywej duszy, do najblizszej miejscowosci daleko, ale jest jeden plus - jedziemy z gorki. Pod gorke na biegu a z gorki na luzie. Moze dojedziemy. W koncu na rozstajach drog znajdujemy samotny bar z saloonem. Tam kieruja nas do najblizszej stacji. Jeszcze kilka mil. Dojedzie czy nie dojedzie??? W butli na paliwo do kuchenki mamy jeszcze pol litra benzyny. Czy to moze skrocic nasz ewentualny spacer na stacje? W koncu JEST STACJA!!! Dojechalismy chyba na oparach, bo samochodzik pozwolil wlac w siebie chyba wiecej niz zbiornik na to pozwalal. Uff. Jest juz ciemno, ale mamy chociaz benzyne. Dojedziemy gdzie tylko bedziemy chcieli.
Uradowani zawracamy to milego naszym secom baru i tu jemy nasze pierwsze w USA steki wsrod ludnosci glownie meksykansko-indianskiej, slyszac pokrzykiwania kibicow ogladajacych jakas transmisje w saloonie obok. Bardzo milo obsluzeni, bardzo samcznie i niedrogo. Nooo teraz to mozemy jechac chocby cala noc.
Droga jednak szybko prowadzi nas juz do Parku, gdzie kolo polnocy rozbijamy namiot (jak my moglismy bez tej czolowki zyc?).
Rano wyspani i mimo wszystko zadowoleni po wczorajszych przygdach ruszamy na spotkanie z najwiekszymi drzewami na swiecie. Sa olbrzymie. Wygladaja wrecz na sztuczne wsrod niby zwyklych, ale i tak zdrowo przerosnietych sosen. Piekna ruda kora i niesamowite rozmiary (Aniu Sz.!!!, boj sie Boga, nie hoduj tego w domu bo pozniej caly ogrod toto zajmie, sciac trudno a jak sie zmeczy to sie przewroci!). Zobaczylismy dwa najwieksze (najwieksze tu i najwieksze na swiecie zywe organizmy) - General Sherman i General Grant. Przejechalismy tunelem wydrazonym w zwalonej sekwoi, wdrapalismy sie na Moro Rock z pieknym widokiem na omijane wczoraj gory i na dzisiejsza serpentynowa droge w gore do Giant Forest (Lasu Gigantow).
Siostrzanym syjamsko parkiem dla Sequoia National Park jest Kings Canyon. Kupuje sie do nich jeden bilet wstepu i cale zaplecze jest tu wspolne. Poniewaz godzina byla mloda postanowilismy tego dnia zaliczyc rowniez ten kanion. Najlepiej szybko, bo ILE MOZNA OGLADAC KANIONOW w ciagu kilkunastu dni! Bylo szybko, niezbyt nam sie podobalo, gorki wysokie, samochod narzekal, serpentyny niekonczace. Sympatyczne wodospady (Roaring River i Grizzly Falls) i spacerek dnem kanionu. Klasyka. |