|
No, teraz to juz naprawde nalezy nam sie odpoczynek. 10 parkow z listy plus jeden przejazdem w dwa tygodnie. Teraz siup na wybrzeze i byczenie. Ale jeszcze po drodze San Francisco.
Z Yosemite wyjechalismy niezbyt wczesnie, ale niedaleko za parkiem, juz na rowninach znalezlismy publiczny kemping nad duzym jeziorem. Z prysznicami! Oplata tradycyjna - kopertka. Na kolacje - MENUDO z puszki. Nie bardzo wiedzielismy co to jest, ale na obrazku wygladalo smakowicie. "Tradycyjna meksykanska potrawa" - przeczytalismy na puszce. Probujemy, smakujemy... skads kurcze znamy ten smak. Ale skad? Juz wiemy! Flaki! Prawdziwe, prawie jak w domu. Prawie, bo bez majeranku, za to z nadmiarem ostrej papryki i wypelniaczem w postaci czegos, co po angielsku nazywa sie "hominy". Slownik powiedzial nam, ze to mamalyga, ale to nieprawda. To byly twarde ziarnka wielkosci fasoli zrobione ponoc z kukurydzy. Zainteresowanych odsylamy do wikipedia.com. Rano stwierdzilismy ze chyba nie chce nam sie siedziec nad jeziorem, bo juz robi sie nudno, wiec jedziemy do San Francisco. Pierwsza atrakcja - przejazd mostem Bay Bridge. Platny 4$. 5 pasow, a pod nami drugie 5. Po prawej Alcatraz, po lewej i na wprost - San Francisco. Zajechalismy do samiusienkiego centrum, zostawilismy auto na publicznym bardzo platnym parkingu (3$ za godzine) i poszlismy zwiedzac. W sumie niewiele tego bylo, wszedzie pod gore, gdzie malowniczo podjezdzaja rowniez linowe historyczne tramwaje. Glowna atrakcja jest Golden Gate Bridge, ktorego obfotografowalismy spacerujac po wybrzezu wsrod wypasionych motorowek i zaglowek wysluchujac Darkowego: "ja chce ta", "albo ta". Nastepnie objechalismy pol samochodowej trasy widokowej po miescie i... wczesnym popoludniem mielismy zobaczone juz wszystko.
No to co? No to wyjezdzamy na jakis mily, przytulny kemping nadoceaniczny. Znalezlismy, zaplacilismy jak za zboze (25$) plus platny prysznic, ale nad samiuskim oceanem. Zamoczylismy nogi, zaszczekalismy zebami z zimna i poszlismy spac. Do Los Angeles zostalo juz tylko ok. 100 mil dziennie. Co to dla nas! No to zahaczamy o rozne nadmorskie miasteczka, pijemy kawke, spimy na megadrogich kempingach (w jednym wiatr stara sie wyrwac z ziemi wszystkie namioty, nasz skladal sie raz w lewo raz w prawo... uratowala nas ucieczka do samochodu), a raz nawet w motelu na kuponik z... trzesacym sie lozkiem za cwiercdolarowke. Znow Griswaldowie nas przesladuja.
Jadac historyczna droga nr 1 mija sie plaze Piedras Blancas, zarezerwowana tylko i wylacznie dla... sloni morskich (seal elephants). Wiosna zmieniaja skore (linieja) i robia to na ladzie, poniewaz niska temperatura wody spowodowalaby ich wychlodzenie. Leza wiec sobie na kupie, posypuja piaskiem (piasek pomaga w zmianie skory) i czasem od niechcenia przechodza po sobie w drodze na krotka kapiel w oceanie. Mlodsze sa bardziej zywotne i bawia sie w wodzie albo walcza na ladzie. Super widok. Plaza przygotowana rowniez dla takich gapiow jak my - drewniane pomosciki, duzo naukowych ciekawostek o zwierzetach. I nawet za darmo! Slonie pojawiaja sie tam ponoc regularnie co rok od 1991 roku. Strona przyjaciol sloni morskich: http://www.elephantseal.org.
Kolejna atrakcja jest Hearst Castle (http://www.hearstcastle.org) - zamek wybudowany w latach 20. ubieglego stulecia przez superbogatego Amerykanina, na pieknym wzgorzu z widokiem na ocean. Jak sie nie ma starszych zabytkow i wogole zamkow to z takich miejsc robi sie wielka atrakcje turystyczna. My sobie darowalismy. Niech przyjada na Wawel to zobacza zamek. Ten podobno powala wielkoscia, przepychem i kiczem sprowadzonym z roznych stron swiata. O wielkosci tego "zabytku" swiadczy to, ze przygotowanych jest kilka roznych tras, kazda w inne czesci zamku i kazda kilkugodzinna. Zeby nie mozna bylo zrobic ladnego zdjecia zamku z zewnatrz, parking dla zwiedzajacych zlokalizowany jest bardzo daleko, a na miejsce obiletowanych turystow zawoza specjalne autobusy. Tym sposobem dotarlismy do Los Angeles, ktore przywitalo nas kotletami schabowymi. Pyyycha! |