|
Na lotnisku w LA okazalo sie ze nasz samolot odlatuje dwie godziny pozniej niz mielismy to zaznaczone na bilecie. Dlaczego o tym nie wiedzielismy? Wiedzielismy, a w zasadzie powinnismy wiedziec, bo nasz przyjaciel Lloyd z brytyjskiej agencji turystycznej, w ktorej kupilismy bilety lotnicze informowal nas przeciez o drobnych zmianach w godzinach odlotow. Norka stwierdzila wowczas, ze zmiany sa malo istotne dla sprawy i nie ma lotow o tyle wczesniejszych, zeby spoznic sie na jakis samolot. A ze sa pozniejsze? Noo to znaczy ze na te na pewno sie nie spoznimy. I tak niewyspani, bez samochodzika tracilismy czas w lotniskowym MakDonaldzie. Przepraszamy naszych gospodarzy za wczesna pobudke.
W koncu jednak odlecielismy i po 3-4 godzinach z AirMexicana z lunchem kola naszego samolotu dotknely ziemi meksykanskiej. Bardzo kretymi korytarzami dotarlismy do odprawy paszportowej dla cudzoziemcow i... trafilismy na pania kontrolerke uczaca sie jezyka polskiego, ktora bardzo sie ucieszyla ze wreszcie moze przetestowac swoje umiejetnosci. Prosze, juz na wstepie taka mila niespodzianka. Dostalismy pozwolenie na 90-dniowy pobyt i po odebraniu bagazy (zawsze ten sam dreszczyk emocji: przylecialy z nami czy nie?) ruszylismy na podboj najwiekszego miasta na swiecie. Moglismy skorzystac z taksowki, rejestrujac sie najpierw w odpowiedniej budce, tam uiszczajac odpowiednia oplate za kurs i z kwitkiem potwierdzajacym nasze zgloszenie stac w niekonczacej sie kolejce oczekujacych na taxi. Ale my jestesmy twardziele i jak przystalo na niskobudzetowcow szukamy komunikacji miejskiej, a najlepiej metra. Dostajemy wskazowki i okazuje sie ze musimy przejsc wszystkie mozliwe terminale i tam na koncu bedzie niedaleko do stacji metra. Niezly spacerek, a Karolina ma ciezszy plecak od Darka (spryciarz). Po drodze wymieniamy troszke dolarow na pesosy. W koncu: jest! Widzimy znaczek stacji. Kupujemy bilety, pokazujac na palcach ze 10. Bilet kosztuje 2 pesos, czyli jakies 50 groszy. Nie wiemy czy powinnismy zaplacic za bagaz, ale bez problemu przechodzimy przez bramki polykajace nasze bilety i pilnowane przez ochrone. Nie cofaja nas, wiec chyba jest ok.Tylko co tutaj tak goraco? Do wybranego uprzednio z przewodnika hostelu dojezdzamy nieco okrezna droga omijajac jedna z trzech stacji o najwyzszym wskazniku kradziezy - Pino Suarez. Dwie przesiadki, trudno sie zgubic, wszystko swietnie oznaczone. Stacje poza swoimi nazwami slownymi posiadaja rowniez oznaczenia obrazkowe - swietny pomysl. Dlaczego metro w Warszawie caly czas tak slamazarnie sie buduje? Po odwiedzinach w miastach ze swietnym metrem (Londyn, Nowy Jork, Pekin, Meksyk) stwierdzamy ze to powinien byc priorytet nad priorytetami. Jeszcze tylko obawiamy sie ze jak powstanie kolejna linia to sie nie przetnie z istniejaca i nie da sie zrobic sprawnej przesiadki... A moze w Polsce powstanie pierwsze prawdziwe skrzyzowanie metra? Wysiadamy na centralnym placu miasta: Zocalo, przed nami ladnie oswietlona Katedra, po prawej Palacio Nacionale a za rogiem nasz hostel. Drogo, pokoje jak w Chunking Mansions (kto byl, ten wie :)), ale jaka lokalizacja. No i mowia po angielsku a rano dostaniemy sniadanie. Kazdy gosc po uiszczeniu oplaty za noc witany jest haslem 'Welcome in paradise'. Na dachu zorganizowany jest bar z kilkoma komputerami z dostepem do internetu i z ladnym widokiem na katedre. Rano budzi nas straszny halas. Co sie dzieje? Idziemy na sniadanie na dach i stamtad widzimy, ze na dole, na ulicy rozkladaja sie handlarze przeroznych dzindzibolkow i innych chinskich cudow i juz zachwalaja swoje towary na cale gardla. Meksykanskie sniadanie dla turysty sklada sie z: amerykanskich nalesnikow z amerykanskim syropem klonowym, platkow kukurydzianych z mlekiem, bulek, masla, dzemu, kawy i herbaty. Moze byc. Raz mozna zjesc, ale codziennie? Dalej smakuja juz tylko platki. Ruszamy na miasto. Mexico City nie robi na nas oszalamiajacego wrazenia. Poza kilkoma zabytkami ciekawi sa ludzie i targowiska. Ale najciekawsze jest jedzenie. Odwazny Dinek pierwszy decyduje sie na wyprobowanie swoich zdolnosci jezykowych w polaczeniu z ulicznym jedzeniem. Wyglada smakowicie, pachnie tak samo, duzo ludzi je i badawczo nam sie przyglada. Dostajemy po dwa miekkie tacosy z wybranym przez nas palcem miesem, a sami mozemy sobie wybrac sos zielony bardzo ostry lub czerwony ostrzejszy. Do tego rzodkiewki i ogorki a wszyscy kropia to jeszcze duza iloscia soku z limonki. Rzeczywiscie pasuje. Smaczne. Koszt: 10 zl dla dwoch osob. Pytanie jak to przyjma nasze zoladki. Co wieczor o 18 na Zocalo odbywa sie uroczyste zdjecie gigantycznej flagi Meksyku. 100 zolnierzy pod bronia wmaszerowuje na plac przy akompaniamencie orkiestry a kilku szczesliwcow rusza do flagi. Flaga jest opuszczana elektrycznie, a zadaniem wybrancow jest niedopuszczenie do dotkniecia przez nia ziemi. Przy ich wzroscie w okolicach 1,60 i naprawde olbrzymim rozmiarze flagi wyglada to nieco komicznie. Meksykanie sa niscy, podobnie jak Chinczycy. Znow Darek jest wytykany palcami. Dzieki jego wzrostowi troche mniej sie ich boimy :) |