|
Dzieki naszemu wrodzonemu sprytowi, a glownie dzieki naszemu bezsprzecznemu urokowi osobistemu udaje nam sie uzyskac spora znizke na nocleg w siostrzanym hostelu (dla tego z Mexico City) w Oaxace.
Tak wyposazeni, z biletami za pazucha ruszamy na dworzec autobusowy. Jest pozno, ok. 22, autobus mamy o 24, w metrze na pewno bedzie pusto. Byle nie za pusto bo bedziemy sie bali. Na szczescie nie musimy sie nigdzie przesiadac. Jedziemy tylko trzy stacje. Na stacji tlok, jakiego nie wiedzielismy tu nawet w teoretycznych godzinach szczytu. OK, przepuscimy jeden pociag i wsiadziemy w nastepny. Jeden odjezdza a naplyw tubylcow zdaje sie nawet rosnac. Przepuszczamy drugi. Teraz bedziemy sprytniejsi. Stajemy przy zoltej linii i niech nam ktory podskoczy. Drzwi zatrzymuja sie dwa metry obok nas. Niech wam bedzie. Nastepne trafia na nas. Rzeczywiscie trafiaja. Coz z tego jesli nie wiadomo skad pod naszymi lokciami i chyba nawet miedzy nogami Meksykanczycy wchodza przed nami. Tradycyjnie w srodku wagonu luzno. A przy drzwiach dantejskie sceny. Kiedy wydaje sie ze juz nikt sie nie zmiesci, jedna osoba na zewnatrz czeka na dzwonek sygnalizujacy zamykanie drzwi, wciska stopy do wagonu, rozklada rece i czeka az przesuwajace sie po jego plecach drzwi spotkaja sie na jego kregoslupie. Z plecakiem nie da rady. OK. Wezmiemy was sposobem. Jednej osobie z plecakiem powinno udac sie wepchnac. Rozdzielamy sie. Jade pierwsza. Po kilku minutach dojezdza Darek. Ufff. Prawdopodobnie tak wyglada kazdy piatkowy wieczor w tym miescie. Manana bedzie sobota. Dzien wolny. Mozna imprezowac. Na dworcu tez tlok. Wszyscy, ktorzy sie juz nabawili wracaja po tygodniu pracy do domow. Na szczescie mamy numerowane miejsca w autobusie. Stac nie bedziemy. 30 minut przed odjazdem oddaje sie bagaz, jak na lotnisku. Dostajemy numerki i liczymy ze dojada. Ameryka. Autobus jakiego w Polsce nie widzielismy. Z przodu wielki ekran, w kilku miejscach w srodku wyjezdzajace mniejsze. Glosniki z mozliwoscia wylaczenia fonii przy kazdym siedzeniu. Pochylane oparcia do pozycji niemal lezacej z siedzeniami wysuwanymi do przodu. Wszyscy grzecznie zapinaja pasy. Jedyny minus to klimatyzacja. Rozkrecona tak, ze uratowaly nas tylko skarpetki i polary zabrane do srodka dzieki naszej przebiegliwosci. Przed snem obejrzelismy komedie Fun with Dick and Jane i gdyby nie bardzo kreta droga i chyba zbyt szybka jazda, prawdopodobnie swietnie bysmy sie wyspali. Do Oaxaci zajezdzamy przed czasem. Jest wczesnie, ale mamy rezerwacje hostelu, wiec walimy jak w dym. Moze nas przyjma tak wczesnie. Jesli nawet nie do pokoju to chociaz do czesci wspolnej. Nie mylimy sie. Pokoj juz na nas czeka, w prysznicu ciepla woda, sympatyczni sasiedzi i internet za darmo. Super. Miasteczko bardzo sympatyczne, z mnostwem zabytkowych kosciolow, w ktorych jednak niechetnie wywieszaja informacje o niedzielnych Mszach. No coz, kosciolow jest tu tak duzo ze napewno jutro na jakas trafimy. Wieczorem na rynku koncert muzyki popularnej w wykonaniu duzej orkiestry symfonicznej. Ludzie zaczynaja dookola tanczyc. A my jak panstwo w jednym z rynkowych 'ogrodkow' saczymy sobie margarite. Baja. W niedziele rano, po hostelowym sniadaniu (znow nalesniki...) dostrzegamy ludzi zmierzajacych do najblizszego nam kosciola. My tez wychodzimy, jest 10.45, Msza zapewne o 11. Rzeczywiscie, w drzwiach pobieramy rozpisana pieknie po hiszpansku cala liturgie przewidziana na godzine 11 i czekamy. Mija 11, czekamy. Mija 11.10, czekamy. Msza zaczyna sie z 15-minutowym poslizgiem Manana dotarla nawet tutaj. Calosc wyglada jak u nas, jedynie przekazywanie znaku pokoju jest dluzsze i bardziej wylewne (np. mezowie cmokaja zony). Po Mszy ruszamy na wczesniej zaplanowana wycieczke. Czekaja nas nowe ruiny - Monte Alban do ktorych jedzie sie autobusem organizowanym przez jeden z miejscowych hoteli. Zachodzimy na miejsce, okazuje sie ze najblizszy odjezdza za 15 minut. Super. Kujpujemy bileciki, czekamy. Autobus podjezdza o czasie (podejrzane), ale kierowca wychodzi i mowi nam 'uno momento' (no wlasnie). Odjezdzamy z 10-minutowym poslizgiem. Manana rzadzi. Ruiny fajne, ale nadal czekamy na Tikal i Copan. Tu z ciekawszych budowli znajduje sie kilka 'ball courtow' (boisk do pilki) na ktorych rozgrywano dosc karkolomne mecze pilkarskie (pilke odbijac mozna bylo tylko udami, biodrami i kolanami; punkt zdobywal ten, kto umiescil pilke w centralnym punkcie boiska). Ten, kto wygral mogl liczyc na przychylnosc bogow w swoich najblizszych poczynaniach. W innych indianskich miastach przegranych poswiecano bogom. Prawdopodobnie nie mialo to miejsca w Monte Alban. Wieczorem zjadamy bardzo dobra pizze, m.in. z karczochami, wysluchujac koncertu muzyki w stylu disco-mexicolo, ktory znow zgromadzil na rynku tlumy. |